Nie musi nas Umberto Eco przekonywać, że książki nie znikną

Pamiętacie pewnie jaki był los księgozbioru Biblioteki Aleksandryjskiej.  A co będzie jeśli któregoś dnia infrastruktura na przykład Googla i wszelkich serwisów współpracujących, kopii zapasowych itp. wyłączy się/zostanie wyłączona/ po wsze czasy? Ile dzieł wiekopomnych przepadnie bezpowrotnie? Ile tekstów, obrazów, fotografii, projektów, analiz i prac badawczych zniknie z obiegu kultury? Czy to w ogóle możliwe – nie wiem. Tworzę sytuację teoretyczną, bo wierzę, że nawet jeśliby do tego doszło, to kultura/cywilizacja nie runie. Są wszak inne - klasyczne nośniki, może uboższe w treści, ale przy tym znacznie mniej zaśmiecone chłamem.

Tym, co zaprząta mnie jednak znacznie bardziej, jest dość banalna opinia o powolnym wypieraniu przez Internet i inne nośniki elektroniczne papierowych książek. Opinia już nie raz i nie dwa wykpiona – moim zdaniem słusznie, choć nie niemożliwa.

Gdyby się przyjrzeć temu z nieco innego punktu widzenia, sprawa nabiera nowego wymiaru. No bo przecież nośniki zapisu ewoluują, od klasycznego Atari i Commodore na przykład, aż po tablety i inne Kindle itd. Coraz więcej treści powstaje nie tylko na papierze czy w formacie audio ale także „wrzucane” są one do Sieci. A bywa że powstają tylko w Sieci i na użytek internautów.

Zakładając, że Internet nie wyeliminuje całkowicie druku, choć być może znacznie go zuboży – co widać m. in. na przykładzie defensywy wysokonakładowej opiniotwórczej prasy papierowej – warto czekać na pojawienie się pisarza/poety, którego twórczość powstanie i będzie dostępna tylko w Sieci.

Od razu mówię – to niemożliwe. Wprawdzie autor może pisać tylko do Internetu, ale znajdą się tysiące wielbicieli, którzy będą powielać jego działa na domowych drukarkach tworząc kolejne samizdaty na użytek własny i rodziny. A jeśli, o zgrozo, twórczość sieciowego pisarza stanie się przedmiotem akademickich wykładów – nie ma siły, będzie leżała na pulpitach zupełnie niewirtualnych. Oczywiście, prosty w użyciu, lekki i wytrzymały tablet z czasem może zastąpić tysiące zadrukowanych kartek, ale coś mi mówi, że to zastępstwo nie będzie absolutne i definitywne. Papier jest łatwiej dostępny, prostszy w obsłudze i szybciej nanosi się na nim marginalia. Papier (pojęcie ogólne) przetrwa.

Warto czekać, bo to będzie ciekawe zjawisko dla badaczy kultury czy literatury. Pisząc o takim twórcy mam na myśli autora wartościowego, uznanego i bezsprzecznie wartego uwagi. Pomijam tysiące internetowych grafomanów, których już dziś pełno, i których „dzieł” nikt nigdy nie będzie chciał wydrukować w warunkach domowych.

I tu pojawia się cel moich zawiłych dywagacji – ja czekam na pisarza, który zaistnieje pierwotnie tylko w Sieci, i którego dostrzeże Akademia Noblowska. W dniu, w którym jakiś członek Akademii przeczyta na ekranie swojego komputera książkę/książki pisarza, który do tej pory nigdy niczego oficjalnie nie wydrukował, który rozprowadza – i ewentualnie zarabia na tym – swoje książki w postaci e-booków dostępnych na nośnikach lub bezpośrednio z poziomu przeglądarki i kiedy ów akademik uzna, że te dzieła zasługują na noblowską nominacje i nagrodę, będzie dniem prawdziwego triumfu Sieci. To będzie dzień Nowej Ery w dziejach literatury i cywilizacji w ogóle.

I nie piszę tego w przekonaniu, że literacki Nobel jest szczytem szczytów (choć dla wielu jest). Dla mnie nie jest gdyż dostało go zbyt wielu, którym się nie należał a nie dostał go Herbert, któremu ta nagroda należała się bezdyskusyjnie. Uważam po prostu, że przyznanie Nobla jakiemuś „wirtualnemu” pisarzowi stanowiłoby swoisty symbol – znak czasu.

Czekam na ten dzień.